Pancake Rocks, czyli naleśniki na deser
W Jackson Retreat zjedliśmy nasze pierwsze kempingowe śniadanie, spakowaliśmy manatki i w towarzystwie pięknej słonecznej pogody udaliśmy się w dalszą drogę na West Coast. A widoki mieliśmy wspaniałe! Z górskiej trasy przenieśliśmy się na malowniczą drogę biegnącą wzdłuż Morza Tasmana. Wiła się ona beztrosko przez pokryte gęstym lasem deszczowym wzgórza i klify, z gdzieniegdzie tylko ukrytymi domostwami nastawionymi głównie na ekoturystykę. Wszystko to spowite w lekkiej mgle, przez którą przenikały promienie słoneczne. Po prostu raj dla oka! Celem, do którego dążyliśmy tego przedpołudnia były Punakaiki (nazwa maoryska), Pancake Rocks (nazwa angielska) czy jak kto woli swojskie naleśniki.
I tu kolejna niespodzianka. Kolega z pracy, Darran, rodowity Nowozelandczyk nie polecał nam specjalnie tego miejsca twierdząc, że nie wzbudzi w nas większych emocji i o dziwo, pomylił się całkowicie.

Rzeczywistość przerosła nasze najśmielsze oczekiwania, w których wyobrażaliśmy sobie ujrzeć coś w stylu wystających z morza skał przypominających stosik naleśników polanych syropem klonowym. Nic bardziej mylnego! Punakaiki okazały się zbiorem skał klifowych z bogactwem form takich jak baseny skalne przypominające kratery z piętrząca się wodą, popularnie nazywane tutaj blowholes, kominy skalne ukryte pod klifami, z których co kilka minut bucha para wodna wytwarzana na skutek zmiany ciśnienia i szybko gromadzącej się wody morskiej czy pojedyncze skały stojące samotnie w otchłani morskiej, którym przyglądać można byłoby się bez końca, znajdując kolejne podobieństwa do różnych zwierząt czy bardziej fantastycznych figur.
Ale komu w drogę temu śpieszno! Przed nami do pokonania jeszcze spory dystans ponad 200 kilometrów, gdyż kolejny nocleg czeka nas w pobliżu dwóch najbardziej dostępnych lodowców w Nowej Zelandii: Franz Josef Glacier oraz Fox Glacier. A że była pora lunchu i sceneria przepiękna, na miejsce kanapkowej przerwy wybraliśmy przydrożny stolik piknikowy tuż przy samych wydmach morskich. I tu nastąpiła pierwsze odsłona zmory nowozelandzkiej, sandfly’a. Sandfly to odmiana moskita, którego natręctwo i dolegliwe w skutkach ukąszenia, łamiące nawet najbardziej wytrwałych twardzieli zmuszając ich do drapania ukąszonej skóry, dalece przekracza możliwości komarów z umiarkowanej strefy półkuli północnej. Jedyna pociecha jest taka, że w przeciwieństwie do swych afrykańskich i azjatyckich krewniaków nie przenoszą żadnych chorób. Romantyczny lunch zamienił się w nerwową szamotaninę z sandfliesami i szybką ucieczką z miejsca zbrodni. Przyznajmy, że wiele sandfliesów poległo w wyniku naszych ruchliwych działań.
Ostatecznie dotarliśmy do miejscowości Franz Joseph Glacier, w której odwiedziliśmy informację turystyczną by zaplanować wycieczkę na kolejny dzień. Franz Joseph przytłoczył nas nieco tłumem turystów i swoją komercyjnością, na każdym kroku można tu spotkać firmę oferującą przeloty nad lodowcem, wyprawy z przewodnikiem i inne atrakcje. Korzystając z rady Michała udaliśmy się do kolejnej miejscowości Fox Glacier, dużo cichszej i bardziej kameralnej. Okazało się, że z naszego kempingu widać Mount Cook, najwyższy szczyt Południowej Wyspy, wiecznie pokryty śniegiem. Spałaszowaliśmy przepyszne spaghetti carbonara przygotowane przez nas w dość spartańskich warunkach, które popiliśmy szklaneczką lokalnego czerwonego winka, popatrzeliśmy na co chwilę znikający w chmurach i wyławiający się z nich Mount Cook, po czym poszliśmy spać.
2 komentarzy
Ale mieliście pogodę na naleśniki!
Jak my byliśmy, to tak wiało, że ciężko było stać prosto:
http://picasaweb.google.com/lh/photo/p-xt-cdK9i49DljJZOVleQ?feat=directlink
Pozdrawiam!
Paweł, może dzięki temu sandfly’e nie dały Wam tak w kość!