Nasz szalony Loki i pierwsza przeprawa przez góry
Skłamałabym mówiąc, że w niedzielę 20 grudnia wyruszyliśmy z Christchurch wczesnym rankiem. Wypożyczalnia Spaceshipów czynna jest od 9 rano, a przejęcie auta poprzedzone jest instruktarzem obsługi całego wyposażenia. I choć wiele tego nie ma, brak wygód spotykanych w większych rozmiarach campervanach takich jak toaleta, kranik, kuchenka gazowa zamontowana na stałe, to jednak procedura papierkowa zajęła nam trochę czasu. Trzeba przyznać, że firma z której braliśmy nasze autko ma fajny pomysł na autopromocję. W swej ofercie mają niewielkie campervany wielkości Toyoty Tarago, których tylne siedzenia przerobione są na łóżko i skrzynie do przechowywania rzeczy. Klientela to głównie pary młodych ludzi, czasami samotni podróżnicy. Cała otoczka związana jest z kosmosem, nazwę „campervan” zastąpiono „spaceship” czyli „statek kosmiczny”, dodatkowo każdy spaceship ma własną nazwę, my zaadaptowaliśmy Lokiego na dwa tygodnie. Kierowcy nazywani są astronautami, a punkty odbioru aut, stacjami kosmicznymi. Może wyda się to nieco infantylne, ale na wakacjach przecież przede wszystkim chodzi o dobra zabawę i pełen relaks, tak więc Szalony Loki ruszaj do dzieła!
Naszym pierwszym przystankiem oczywiście był supermarket, w którym zaopatrzyliśmy się głównie w jedzenie i przybory toaletowe. I tu półki sklepów nowozelandzkich zaskoczyły nas bardzo pozytywnie. Tomek trafił na ogórki kanapkowe, takie w specjalnej zaprawie słodko-kwaśniej, pocięte w podłużne plasterki, nasze ulubione ogórki z Polski! Co prawda, te tutejsze produkowane są w Indiach, ale nie bierzemy przecież udziału w konkursie „Teraz Polska”. Oprócz ogórków kupiliśmy też Polish sausage i kilka kabanosów, na które w Melbourne trzeba polować w specjalnych polskich delikatesach. Mimo tych niespodzianek zakupy zmęczyły nas bardzo i zapragnęliśmy jak najszybciej znaleźć się na drodze w kierunku Arthur’s Pass.
Za Christchurch czekały na nas zielone wzgórza z pasącymi się owieczkami i sady owocowe, a to przecież sezon na czereśnie! Mmm, świeże czereśnie prosto z sadu, pycha! Po przejechaniu jakichś 100 kilometrów sceneria uległa zmianie. Pagórki zamieniły się wysokie góry o ostrych graniach i szczytach pokrytych śniegiem. Jechaliśmy krętą drogą wzdłuż przełęczy do Arthur’s Pass, a po drodze wielokrotnie przekraczaliśmy górskie rzeki, co z reguły wiązało się z ustępowaniem pierwszeństwa jadącym z naprzeciwka. Nie wiedzieć dlaczego, większość mostów w Nowej Zelandii przewiduje jedynie jedną nitkę dla ruchu pojazdów. Kierowcy aut wyjeżdżających z mostu najczęściej pozdrawiają oczekujących przyjaznym kiwnięciem ręki, co sprzyja atmosferze wakacji. Ten rejon Nowej Zelandii podatny jest nas częste, jednak niewielkie trzęsienia ziemi, których my szczęśliwie uniknęliśmy. Na nasz pierwszy nocleg zawinęliśmy do Jackson Retreat, który poleciła nam pani ze spaceshipów, zachwalając go jako najlepszy kemping na całej południowej wyspie, co jak później się okazało było całkowitą racją. Pierwsza noc była zimna, na zewnątrz około 5 stopni, czapka bez której nie ruszam się na większość wycieczek okazała sie bardzo przydatna, a przed zaśnięciem przetestowaliśmy nasze samochodowe DVD.
Brak komentarzy