Christchurch, początek przygody z Nową Zelandią
No to jesteśmy w Christchurch! Tak przy okazji, jest to pierwszy wyraz, w którym znajdujemy 3 razy „ch” i w dodatku nie jest to wyraz pochodzenia polskiego…
Z domu wyruszyliśmy rano w sobotę o 6 rano w klasycznym stylu. Obładowani jak prawdziwi backpackerzy dotarliśmy na stacje kolejki 6 minut przed odjazdem naszego pociągu, idealnie na czas. I wtedy jakiś duch wewnętrzny pokusił Tomka by sprawdzić czy aby na pewno leci z nami GPS. Łatwo domyśleć się co stało się w kilku kolejnych chwilach. W błyskawicznym tempie uruchomione zostały przeszukiwania wszystkich toreb, na stacje wjechał pociąg, a my nadal nie znajdujemy GPS. Szybka decyzja, nie wsiadamy do pociągu, cofamy się do domu po sprzęt nawigacyjny. Niestety kolejny pociąg był za pół godziny, co było za późno by o czasie wsiąść w Skybus (najtańsze połączenie w Melbourne pomiędzy City a lotniskiem) i zdążyć na samolot. Upodobniony do wielbłąda Tomek, z dwoma plecakami i torbą podróżną wysunął się wyraźnie na prowadzenie i niemalże cudem od razu złapał taksówkę na całkowicie pustej ulicy. W domu GPS’a jednak nie było i jak się okazało był z nami przez cały czas zapakowany w bąbelkową folię, skutecznie ukrywając się przed nami w plecaku!
Druga przygoda czekała na nas w hostelu YHA w Christchurch, do którego dotarliśmy około 3 po południu czasu lokalnego. W samolocie postarzeliśmy się nagle o dwie godziny, ale na szczęście zostanie nam to odjęte w drodze powrotnej do Melbourne. Ale do rzeczy. Jakieś dwa tygodnie temu Tomek zakupił przez internet zestaw Vodafone z przenośnym dostępem do internetu i nowozelandzkim numerem telefonu. Przed podaniem adresu wysyłki potwierdził z recepcją w hostelu, że najlepszym rozwiązaniem będzie jeśli poda namiary na hostel i przesyłka będzie na nas oczekiwać w Christchurch. Dzisiaj przyjeżdżamy, dziewczyny w recepcji miłe, zwracają nam 3 NZ dolary za okazanie karty członkowskiej YHA, wzrokiem skanują listę poczty przychodzącej w ciągu ostatnich dwóch tygodni, znajdują dane Tomka, ale… nie mogą odnaleźć przesyłki. OK, zdarza się, paczka z pewnością została odłożona w inne miejsce i po kilku minutach znajdzie się. My udajemy się do pokoju zrzucić bagaże, a dziewczyny szukają paczki. Ostatecznie decydujemy się na rekonesans po mieście, które robi na nas wrażenie sennego, ale urokliwego miasteczka. Po powrocie do hostelu dowiadujemy się, że paczki nadal nie ma, zrezygnowani podążamy na popołudniową drzemkę. I po raz kolejny okazuje się że sen ma zbawienną moc. Wypoczęci schodzimy do recepcji, gdzie czeka na nas wielka paka z zawartością czegoś w rodzaju sticka i woreczek wypełniony próżnią. I tak oto mamy dostęp do internetu!
Brak komentarzy